Sobotni poranek już nie brzmi jak kiedyś. Rytmiczny i głuchy dźwięk oznajmiał, że wolne nadchodzi. Zza bloków dochodził trzask tępy i monotonny, głuchy, z lekka wytłumiony. Czasem mocny, zwalniał, słabł, by znowu przyspieszyć. Cztery zespawane rury. Prosta forma litery „H”, z górną poprzeczką, lekko wystającą poza pionowe słupki. Prosty, pospolity przedmiot. Prymitywna codzienność. Na pierwszy rzut oka, zwykłe stalowe ustrojstwo, czarne, brązowe, zardzewiały anachronizm. Nierozłączna para: klopsztanga i hasiok. Utylitarna forma – trzepak, bramka, huśtawka, plac zabaw, miejsce spotkań i rozmów. Krzyżujące się nogi, fikołki, głowa zwieszona w dół, dyskusje, gra w „gumę” i skubany słonecznik… pierwotna, śląska przestrzeń publiczna. Współcześnie zapomniana. Wypchnięta przez odkurzacz i plastikowy plac zabaw, klopsztanga stoi i przygląda się naszej współczesności. Czasem użytkowana, z rzadka ktoś, kiedyś na niej przysiądzie, i już nie brzmi jak kiedyś w wolną sobotę. Dziś to symbol. Symbol mało rozpoznawalny i bagatelizowany. Z niemiecka brzmiąca nazwa, dziś drażnić może polityczną poprawność. Polska czy niemiecka? Jak niegdyś klopsztanga jest stale śląską odmianą trzepaka. Projekt „Klopsztanga” jest rehabilitacją słowotwórczą, ale i przestrzenną. Ma przywrócić na nowo, choć na chwilę zmurszałe zjawisko. Ma animować, inspirować i kształtować naszą przestrzeń. Przestrzeń rzeczywistą. Nie portalowo-fecebookową, ale tą prawdziwą: miejską. Jak kiedyś to przedmiot uniwersalny, nieokiełznany, rozbudzający wyobraźnię. To stale najprostsza alternatywa ławki, huśtawki, bramki i… Ale czy tylko?










































